Afery
PEŁCZYŃSKA-NAŁĘCZ WYCHODZI I CIĄGNIE ZA SOBĄ LUDZI. CZY KOALICJA ZACZYNA SIĘ SYPAĆ?
Odejście minister funduszy to nie tylko jedna dymisja. To najbardziej widoczny objaw kryzysu, który od miesięcy narasta w obozie rządzącym: rozłamu w Polsce 2050, chłodnych relacji z premierem i otwartej wojny między PSL a Lewicą. Wyjaśniamy, co naprawdę stoi za decyzją Pełczyńskiej-Nałęcz i co oznacza ona dla koalicji rok przed wyborami.

"Odchodzę z rządu Donalda Tuska, bo wartości są dla mnie ważniejsze niż stołki"
Napisała w czwartek wieczorem Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Bezpośrednim powodem było głosowanie nad zniesieniem dwukadencyjności w samorządach. Minister zarzuciła koalicji, w tym „znacznej części posłów Polski 2050”, że stanęła
„przeciw ludziom, a za politykierskimi układami"
Jednocześnie zrezygnowała z kierowania partią, którą, jak napisała, zostawia „w rękach jej założyciela”, czyli Szymona Hołowni. Decyzja zaskoczyła nawet najbliższe otoczenie minister.
„W Polsce 2050 dowiedzieliśmy się o decyzji Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz z mediów”
Napisał w czwartek wieczorem Szymon Hołownia. Nazwał jej rezygnację z przewodnictwa partii „zaskakującą”, tym bardziej że nastąpiła po niespełna jednej trzeciej kadencji, w bardzo trudnym dla ugrupowania momencie. Nowego lidera wybiorą teraz członkowie partii w powszechnych wyborach. Dzień później, na specjalnej konferencji, Hołownia był już ostrzejszy:
Są ludzie, którzy na jakimś etapie swojej drogi politycznej uznają, że konfrontacja jest lepszą metodą niż współpraca i cierpliwe budowanie.
Następnego dnia za nią poszedł jej najbliższy współpracownik, wiceminister Jan Szyszko. W oświadczeniu napisał, że problemem koalicji jest „zanik politycznego i moralnego kompasu, i ostrzegł, że bez powrotu do wartości z 2023 roku „za rok w Polsce do władzy dorwie się Braun”.
Premier: „Myślałem, że zadzwoni”
Reakcja Donalda Tuska, który w czasie dymisji przebywał z wizytą w Indiach, mówi wiele o relacjach obojga polityków.
Myślałem, że zanim odejdzie, to zadzwoni chociaż i powie, że się znudziła tą pracą
Stwierdził premier. Dodał, że współpraca z minister „od dłuższego czasu nie była najłatwiejsza”, i ocenił, że jest ona „politycznie bardzo pogubiona”. Zapewnił jednocześnie, że jej odejście nie będzie miało znaczenia dla koalicji, a na jej miejsce ma już „dwie świetne kandydatury”, obie kobiety. Chłód nie wziął się znikąd. Pełczyńska-Nałęcz była w rządzie od początku, czyli od grudnia 2023 roku, i nawet jej krytycy przyznają, że to jej zespół uratował pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy. Wielokrotnie szła jednak pod prąd premierowi. Najgłośniej sprzeciwiła się programowi kredytu 0 proc. na pierwsze mieszkanie, który według niej był przede wszystkim prezentem dla deweloperów. Mówiła też o opodatkowaniu banków i big-techów. Punktem zwrotnym był styczeń 2026 roku, gdy Pełczyńska-Nałęcz wygrała wybory na przewodniczącą Polski 2050, pokonując Paulinę Hennig-Kloskę stosunkiem głosów 350 do 307. Kilka tygodni później 18 parlamentarzystów odeszło z partii i utworzyło klub Centrum. Zarzucali nowej liderce, że chce uprawiać opozycję we własnym rządzie. Pełczyńska-Nałęcz nazwała ich „dezerterami”. Według „Rzeczpospolitej” premier zdecydował wtedy, że nie dostanie ona stanowiska wicepremiera, choć Polska 2050 od dawna o nie zabiegała.
Dwukadencyjność, czyli wojna PSL z Lewicą
Głosowanie, które przelało czarę goryczy, odsłoniło znacznie poważniejszy konflikt. Projekt zniesienia limitu dwóch kadencji dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast był sztandarowym postulatem PSL. Upadł w czwartek stosunkiem 215 do 213 głosów. Na sali zabrakło czterech posłów koalicji, w tym samego Tuska, którzy byli w delegacji w Indiach i Wietnamie. Ludowcy winą obarczają jednak Lewicę. Według Wirtualnej Polski w koalicji istniało nieformalne założenie: PSL nie będzie blokować ustaw aborcyjnych, które Sejm przyjął we wtorek, a Lewica odwdzięczy się przy dwukadencyjności. Lewica zaprzecza, że był jakikolwiek „deal”, a szefowa jej klubu Anna Maria Żukowska podkreśla, że od początku zapowiadała podział głosów. Ludowcy czują się jednak oszukani, tym bardziej że wstrzymał się od głosu sam lider Lewicy Włodzimierz Czarzasty. Odpowiedź PSL jest bezprecedensowa. Jak ustaliła WP, ludowcy zamierzają odebrać kompetencje wiceministrom z Lewicy w kierowanych przez siebie resortach: obrony, infrastruktury i rolnictwa.
Współpraca z Lewicą po wczorajszych doświadczeniach jest pod znakiem zapytania
Przyznał szef klubu PSL Krzysztof Paszyk. Dla ludowców to sprawa wyjątkowo bolesna, bo ich siłą od lat są samorządowcy z mniejszych gmin, a limit kadencji uderza właśnie w nich. Lider partii Władysław Kosiniak-Kamysz odpowiedział na porażkę kontratakiem: zapowiedział, że PSL zaproponuje ograniczenie liczby kadencji także dla posłów i senatorów. To wyraźny sygnał, że ludowcy nie zamierzają tej sprawy odpuścić. Konflikt ma też głębsze tło. Jeszcze nie tak dawno PSL i Polska 2050 tworzyły wspólny blok, Trzecią Drogę, który w 2023 roku zdobył ponad 14 proc. głosów i był języczkiem u wagi przy tworzeniu rządu. Po rozpadzie sojuszu obie partie osunęły się w sondażach, a w koalicji coraz częściej każdy gra na siebie.
Krucha większość
Hołownia zapewnia, że „nic się nie rozpada”, a Polska 2050 zostaje w koalicji. Jednocześnie wysłał partnerom wyraźny sygnał: – Bez nas nie ma tej koalicji i nie ma tego rządu. To nie jest pusta przechwałka. Po rozłamie w klubie Polski 2050 zostało 15 posłów. Bez nich koalicja, licząc KO, PSL, Lewicę i Centrum, miałaby w Sejmie mniej niż 231 głosów potrzebnych do większości. Każde kolejne pęknięcie w tej partii staje się więc problemem całego rządu. A Hołownia sam przyznał, że partia jest „poobijana” i że po jednym rozłamie mówi się już o kolejnym. Polska 2050 jest przy tym w fatalnej kondycji wyborczej. W najnowszym sondażu IBRiS dla Polsat News dostała zaledwie 0,5 proc. poparcia. Jej posłowie wiedzą, że w 2027 roku muszą szukać miejsca na innych listach, a to zwykle oznacza, że lojalność wobec koalicji jest wystawiona na próbę.
Pod progiem, czyli jak przetrwać wybory?
Problem nie dotyczy tylko Polski 2050. Mniejsi partnerzy Tuska od miesięcy notują fatalne wyniki. W sierpniowym sondażu OGB PSL miało 1,74 proc., a Polska 2050 0,94 proc. Inne badania dają ludowcom ok. 3 proc., nadal wyraźnie poniżej 5-procentowego progu. Utworzone w lutym przez Paulinę Hennig-Kloskę Centrum w pierwszym badaniu po rozłamie dostało 0,6 proc. Dlatego najważniejszym pytaniem przed 2027 rokiem staje się wspólna lista. PSL oficjalnie deklaruje samodzielny start i szuka sojuszników, m.in. wśród Bezpartyjnych Samorządowców. Według „Dziennika Gazety Prawnej” Tusk i Kosiniak-Kamysz rozmawiali już jednak o wspólnym starcie KO i PSL, a w sondażu Pollster dla „Super Expressu” poparło go 85 proc. wyborców KO i 72 proc. wyborców PSL. Dla Polski 2050 drzwi mogą być zamknięte. Według „Gazety Wyborczej” premier już w kwietniu proponował partnerom wspólny start z Lewicą i PSL, ale nie z Polską 2050, którą uważa za niestabilną i nielojalną. Ostatni tydzień raczej tej oceny nie zmieni. Posłowie tej partii stoją więc przed wyborem: walczyć o przetrwanie pod własnym szyldem z wynikiem poniżej 1 proc. albo szukać miejsc na listach silniejszych partnerów, co oznacza jeszcze większą zależność od Tuska. Dla całej koalicji stawka jest ogromna. Według wyliczeń OGB wspólna lista z wynikiem 45 proc. dałaby 231 mandatów, czyli minimalną większość. Ale każdy kolejny konflikt, taki jak spór o dwukadencyjność, oddala ten scenariusz.
Co dalej z koalicją?
Na razie nic nie wskazuje, by rząd miał upaść. Tusk szybko obsadzi ministerstwo, Hołownia deklaruje lojalność, a sama Pełczyńska-Nałęcz nie zapowiedziała tworzenia nowego ugrupowania. Premier zasygnalizował też gest wobec PSL: przyznał, że „nie widzi problemu”, by projekt zniesienia dwukadencyjności wrócił pod obrady. Obraz z ostatniego tygodnia jest jednak niepokojący dla obozu władzy. Partnerzy handlują głosami w najbardziej wrażliwych sprawach, a gdy umowa się nie spina, karzą się nawzajem, odbierając sobie kompetencje w ministerstwach. Jedna z liderek koalicji odchodzi, oskarżając ją o porzucenie wartości, a premier komentuje to z ironią. Do tego dochodzą słabe sondaże dla mniejszych partnerów i rosnąca siła prawicy, która według części pracowni mogłaby dziś zbudować większość. Odejście Pełczyńskiej-Nałęcz samo w sobie nie wywróci rządu. Pokazuje jednak, że Koalicja 15 Października coraz bardziej przypomina sojusz z rozsądku, który trzyma się razem głównie dlatego, że alternatywą jest władza PiS i Konfederacji. Pytanie, czy przez najbliższy rok to wystarczy.
WS Brief


